piątek, 31 grudnia 2010

Sylwester z Niedźwiedziem Januszem

I tak oto dotarliśmy do końca roku pańskiego 2010.
Chwila zadumy nad przemijającym czasem pojawiła się, spojrzenie wstecz w lusterko życia.
Niczym Niedźwiedź Janusz muskam horyzont smutnym wzrokiem swym i tak jak on dziś się zważę. Tradycyjnie kolorową mozaikę potraw i płynów spożywczych popijając o północy winem bąbelkowym. Zapewne będzie pięknie. Pośród kanonady petardowych wystrzałów objawi nam się nowy, młodziak – 2011 rok po urodzeniu Chrystusa. Niech będzie lepszy.
Panie proszą panów – bawmy się, łączmy się w pary!
Kapela grać!

piątek, 17 grudnia 2010

Czarny Czwartek

Zbyszek Godlewski zginął 40 lat temu. Tego dnia pewnie normalnie wstał jak co dzień do pracy. Umył zęby, może zjadł śniadanie, a może nie. Wsiadł do pociągu, może spotkał kolegów, może się uśmiechał, może żartował, może nie mówił nic. Był czwartek, jak co tydzień, kolejny czwartek jego życia. Ostatni.
W świadomości ludzi został Jankiem Wiśniewskim, zamordowany przez wojsko, wojsko kraju w którym żył, którego był częścią. Wojsko, które powinno go bronić, strzelało do niego, gdy normalnie jak co dzień szedł do pracy. Od czterech miesięcy pracował w Gdyni przy przeładunku statków. Chłopak z Elbląga. Padł. 17 grudnia 1970 roku. Miał 18 lat. Pamiętajmy.

środa, 15 grudnia 2010

Peter Steele 1962 - 2010


 Peter Steele odszedł z tego najlepszego ze światów na początku kwietnia bieżącego roku. Zostawił po sobie kilka płyt – jak to w życiu bywa – raz lepszych, raz gorszych. Na pewno energetycznych. Jego Type O Negative (notabene to też moja grupa krwi) był w latach 90-tych ubiegłego wieku pierwszoplanową gwiazdą rocka gotyckiego.
Kobiety go kochały, ze wzajemnością z resztą. Jego głęboki jak ocean głos doprowadzał je do szaleństwa. Śpiewał o wijących się w rozkoszy chrześcijankach, o dziewczynie swojej dziewczyny – a to tylko przeboje największe. Zawsze z basem zawieszonym na łańcuchu – gdyż twardym być trzeba. Błyskający białkami oczu i wampirzymi kłami, ciachem bywał określany – jednym z największych na rokendrolowej scenie. Dla ciekawskich proponuję wpisać jego imię i nazwisko w wujka Google i obejrzeć sobie urocze zdjęcia Petrusa z sesji dla czasopisma Playgirl ;-)
Szkoda, że nie ma go już z nami, postaci barwnej i tajemniczej. Została muzyka, która ostatnio z resztą za mną wybitnie chodzi.
Przed Państwem Type O Negative - przezabawny clip do bardzo energetycznego utworu:


Type O Negative - I Don't Wanna Be Me
Załadowane przez: RoadrunnerRecords. - Obejrzyj ostatnio promowane klipy wideo.

środa, 1 grudnia 2010

Nuty, dźwięki vol. 3




„(...) Zawsze uznawałem, że muzyka nie ma granic, nie ma wyznaczonych terytoriów, gdzie może się rozwijać i rozprzestrzeniać, że nie ma ograniczeń dla twórczości. Dobra muzyka pozostaje dobrą niezależnie, jak się nazywa. I nigdy nie znosiłem kategoryzowania. Nigdy. Dla szufladek nie ma miejsca w muzyce.”
Miles Davis

Kilka coverów, kilka par, oryginałów i przeróbek. Co tu pisać, Miles powiedział wszystko.
Radiohead vs Amanda Palmer, The Clash vs Transmisja, Jimi Hendrix vs Sting, Michael Jackson vs Miles Davis, Tom Waits vs Kazik Staszewski, Richard Berry vs Iggy Pop – 45 minut dobrej muzyki.
Posłuchajcie.

Radiohead - High And Dry
Amanda Palmer - High And Dry
The Clash – Bankrobber
Transmisja - Linia K
Jimi Hendrix - Little Wing
Sting - Little Wing
Michael Jackson - Human Nature
Miles Davis - Human Nature
Tom Waits - Clap Hands
Kazik Staszewski - No, klaszcz!
Richard Berry & Pharaohs - Louie, Louie
Iggy Pop - Louie, Louie

DOWNLOAD  (achive.org)

czwartek, 25 listopada 2010

Jakże było pięknie

Następna opowieść będzie o tym co się wydarzyło razu pewnego podczas spożycia. No więc przyjeżdżam ja do miasta, bo byliśmy umówieni na przyswajanie przez organizm płynów pochodzenia owocowo-chemicznego. Brygada w pełnym składzie stawiła się na dworcu. Był komitet powitalny i śpiewy i kwiaty i nawet okolicznościowe przemówienie. Panowie – mówię – dziękuję za tak miłe przyjęcie, ale nie jesteśmy tu dla przyjemności.
Takoż ruszyliśmy „Pod Kasztany” do najlepszego monopolowego w mieście celem zakupu odpowiednich płynów. Po podliczeniu środków nabyte zastały trunki w ilości także odpowiedniej. Usiedliśmy na czeskim wesołym miasteczku, co to akurat stacjonowało koło dworca. Rozmowy od tematów damsko-męskich przeszły na świat i okolice. Zaczęto tworzyć nowe doktryny polityczne, niektórzy zaczęli opuszczać swoje ciała i wynosić się na orbitę lub nawet trochę dalej. Kolega zaprezentował w konkursie talentów, sztukę wokalu heavy metalowego. Także skoki w żywopłot uskuteczniane być musiały. Bo to i tradycja zobowiązuje i krzepę fizyczną pokazać wypada. Przygodę zakończyliśmy na drugim końcu miasta zajadając się pysznymi kanapkami typu hamburskiego i popijając wszystko piwem jasnym. Jakże było pięknie. Co prawda kilku kolegów się zapodziało, ale muzyka tak ładnie w barze przygrywała, że żal opuszczać go było. Stół jakby stał się naszą własnością i wreszcie właściciel z jakimiś złymi panami nas musiał stamtąd przepędzić. Aż dziw bierze, że noc zastała nas ciemna a tu do domu daleko. Jakże wygodna zdaje się być ławka w parku w czerwcową noc. Jakże niemiłym dla ucha jest poranny krzyk mew znad plaży...
Świat obudził się za wcześnie i oto sam nagle znalazłem się w nim zziębnięty i spragniony. A głowa bolała tak jak nigdy. Szczęściem jednak wspomnienia nie uleciały i został jaszcze łyk w butelce nieopodal. Chwiejnym krokiem udałem się ku wschodzącemu słońcu.

wtorek, 16 listopada 2010

Nuty, dźwięki vol. 2



Muzyka dla zmęczonych.
Gdy po całym dniu, nie możesz uwierzyć że nastał oto moment ciszy. Moment samotności – nie ważne czy w pojedynkę, czy we dwoje. W każdym razie gdy już nie masz siły nic mówić, może nawet nie masz siły się ruszyć. Siadasz, a kanapa zaczyna cię wciągać, pochłaniać i jest cię coraz mniej. Już wystajesz tylko trochę, a tam po drugiej stronie jest jakiś zupełnie inny świat. Odlatujesz w przestrzeni kanapy, jak w całkiem innej galaktyce...
To dla ciebie - muzyka z wygodnej kanapy – z galaktyki kanapy.

Znowu nierockowo – podróż zaczynamy w Perth w Australii z grupą Pogo, Boozoo Bajou to już Niemcy – Norymberga. Z Variety Lab odwiedzamy Francję, natomiast Faithless, Morcheeba, Bent (mimo, że język na to nie wskazuje) i Massive Attack to muzyczna wycieczka po Wyspach Brytyjskich.
Posłuchajcie.

Pogo “Lost”
Boozoo Bajou “Second To None”
Variety Lab “London In The Rain”
Faithless “Blissy's Groove”
Morcheeba “Moog Island”
Bent “Kisses”
Massive Attack “Hymn Of The Big Wheel”

DOWNLOAD (archive.org)

piątek, 5 listopada 2010

Nuty, dźwięki vol. 1



Zapraszam dziś na niespełna półgodzinną wycieczkę w krainę elektroniki i post rocka.
Długie zimowe noce zachęcają do otulenia się w dźwięki, z kieliszkiem grzanego wina w dłoni, przy blasku świecy odbijającym się od ścian.
Podróż zaczyna Brendan Perry, niegdyś połowa Dead Can Dance, potem przenosimy się do pewnej dzielnicy Tokio, z Lali Puną przez Koreę docieramy do Monachium, by wraz z grupą Moderat w Berlinie przebudzić się z syntezatorowego snu.
Tarwater i To Rococo Rot pamiętam jeszcze ze starej dobrej Radiostacji Pawła Sito, a „Goodbye” Kevina Shieldsa to pożegnanie z Tokio zagubionym między słowami.
Posłuchajcie.

Brendan Perry “Voyage Of Bran”
Brian Reitzell & Roger J. Manning Jr. “Shibuya”
Lali Puna “Alienation”
Moderat “A New Error (Original mix)”
Tarwater “The Watersample”
Kevin Shields “Goodbye”
To Rococo Rot “Cars”

DOWNLOAD (archive.org)

wtorek, 2 listopada 2010

Dwa standardy

        
                                  John Coltrane 1967 fot. Leni Sinclair

To było w środę chyba, po południu. Przyszli do niego na strych we dwóch i mówią: „Janek –dziś występujesz. I nie mów, że nie możesz, że coś ci tam znowu wypadło i nie masz czasu, bo wyciągniemy cię siłą. Bierz trąbę i idziemy.”
Jako, że już tym razem odmówić nie umiał, zrobił jak prosili. Włożył czapkę i czarne skórzane buty, spakował instrument do płóciennej torby i zszedł z nimi na dół. Tyle już razy go błagali, ale on ciągle nie był gotów. Siedział w tej swojej kanciapie i ćwiczył. W przerwach pijał mocną herbatę i karmił gołębie resztkami bułki ze śniadania. I ciągle nie był przekonany, czy już może przed nimi stanąć. Dziś po południu, pierwszy raz nie poczuł tej niepewności. Po prostu założył czapkę, buty i postanowił spróbować.
Na podwórzu stał lśniący, czarny jak smoła, stary mercedes. „Idealny samochód” – pomyślał, a oni tylko uśmiechnęli się widząc jak na niego patrzy. Było zimno i pochmurno. Auto majestatycznie przemykało przez puste miasto. „To co nam zagrasz Jasiu?” – spytał ten wyższy i chyba ważniejszy. „Ojczulek jest tak podekscytowany, że nogi z zadów by nam powyrywał jakbyśmy znowu cię nie przywieźli”. Ale on milczał, niby coś tam bąknął, że sami usłyszą, ale nie miało to większego znaczenia, bo już dojeżdżali. Myślał tylko o mistrzu, z który łączyło go imię i miłość do muzyki. I, że chce grać i ciągle nie mógł zrozumieć jak to się stało, że się o nim dowiedzieli.



John Coltrane - Blue Train
John Coltrane - A Love Supreme Part I: Acknowledgement

Pozycja obowiązkowa - posłuchajcie! 

DOWNLOAD (archive.org)

piątek, 15 października 2010

Sec. Anger


Zebrałem was tu, bo za każdym razem, gdy tego słucham, cholera mnie bierze. Ja wiem, że oni mieli wtedy kiepski okres. Atmosfera stawała się nie do zniesienia. Jason postanowił odejść. Zostali we trzech i właściwie nie wiedzieli, czy jest sens to dalej ciągnąć. Potem James wylądował na odwyku i upadek wisiał już na włosku. Dopiero ta historia z terapeutą, rozmowy, pierwsze próby... Chociaż właściwie pierwsza muzyka, która wtedy powstała była taka słaba, że nawet ojciec Larsa kazał im to wyrzucić przez okno i zapomnieć. Tego nigdy nie było panowie.
Nie byli jeszcze wtedy gotowi na nowego basistę. Bob chwycił za wiosło, zagrał na płycie i nawet kilka koncertów wybrzdąkał z nimi na basie. Ale morda mu się śmiała, jak wtedy grał. Pamiętacie? Śpiewał „Searching....seek & destroy” z uśmiechem na ustach. Właściwie już po nagraniu przyjęli Roberta i dopiero wtedy znów wszystko zarzęziło. Niby założenie było niezłe, ale przekombinowali. Niektórych rzeczy jest za dużo, choć np. Kirka jakby za mało.

Dobra chłopaki, nie możemy tego tak zostawić. Przecież chyba nie tylko ja czuję w tym siłę.
No, rzeczywiście coś w tym jest, tylko cholera jak się za to zabrać? Jest w tym potencjał i można by zrobić z tego rzecz dużą, a kto wie może nawet wielką.
Przede wszystkim wywalamy te cholerne wiadro, niech werbel brzmi jak normalny werbel i do cholery uprośćmy to. Nie ma żadnego podostrzania brzmienia na perkusji. Pamiętaj, masz grać mocno, ale prosto – normalnie, niech wreszcie będzie normalnie. Niech to się opiera na sekcji. Teraz prostujemy gitary, wywalmy te wszystkie pieprzone ozdobniki, udziwniacze, czy jak to cholerstwo nazwać. Dodajemy normalne solówki, takie klasyczne, z pazurem i niech to nie będzie dłuższe niż pięć i pół minuty. Do wokali nie chcę się czepiać – niech będą, nie są złe. Kurcze, nie możemy przecież tego tak zostawić, w tym jest potencjał! Robimy „Second Anger”!

środa, 13 października 2010

Top 10 Pearl Jam


Kurna znów nic się nie dzieje. Znowu siedzimy w tej kanciapie i gapimy się w telewizor. A pewne tylne części ciała już prawie przyrosły nam do siedziska. Już odciski robią się na mózgu od tego nicnierobienia. A do wieczora jeszcze tak cholernie daleko... Trzeba się wreszcie rozruszać do jasnej cholery!
Dobra, zacznijmy tak – weźmy na tapetę Pearl Jam, co wy na to? Kapela niczego sobie, niech będzie pierwsza. Niech ma ten zaszczyt, a zabawa jest niezła. Dobra, ja zaczynam – dziesiątka najlepszych utworów wg św. mnie:

Top 10 Pearl Jam:

1. Black (bezdyskusyjnie najlepszy kawałek Pearl Jam. Niesamowity z wielu względów: melodia, przekaz, dramaturgia, pianino i ściśnięte gardło, gdy już zbliża się do końca i wybrzmiewa finał. Pierwsza płyta, coś tak niesamowitego na niej – przebłysk geniuszu)
2. Daughter („córeczko wolałabym, żebyś była chłopcem” – śpiewała kiedyś Kayah, kiedyś, gdy była jeszcze starsza. Zawsze kojarzy mi się to z „Daughter” – znowu ciarki i pewne miejsce drugie)
3. Yellow Ledbetter (strona B singla „Jeremy”. Nie pojawia się na żadnej regularnej płycie zespołu – dobry duch. Podobno nie ma do niej oficjalnego testu, a ja zawsze czuję się dobrze słysząc ją – coś pięknego i oklaski dla Mike McCready'ego – genialne solo)


4. Jeremy - oficjalny teledysk - polecam

5. Crazy Mary
6. Indifference
7. W. M. A.
8. All those yesterdays
9. Alive - tu też teledysk

10. Better man

Teraz wasza kolej.

czwartek, 23 września 2010

Chłopcy

Chłopcy lubią udawać. Wcielać się w role, czasami walczyć o to, żeby być Jankiem z „Czterech pancernych”, albo jakimś słynnym piłkarzem. Chcą mieć najlepszy pistolet, nawet jak jest tylko z drewna. Kradną ojcu lakier z garażu. I już jest piękny, już błyszczy i już czuć można się jak policjant z Miami. Chłopcy chcą mieć najlepszą procę i łuk z leszczyny, a strzały, żeby leciały najdalej.

Chłopcy chcą grać w zespole. Niektórym później się to udaje. Może nawet są z tym szczęśliwi. Na pewno przez krótką chwile, gdy garaż czy inna kanciapa wypełnia się dźwiękiem, szczęście to jest pełne. Innym zostaje tylko rytmiczne ruszanie się przed lustrem i wizualizowanie sobie gry w jakiejś super kapeli. Tak już mają i często na koncertach widać chłopców w różnym wieku naśladujących swych idoli. Wystarczy dobrze się przyjrzeć i już wiadomo, kto jest gitarzystą, kto perkusistą, kto basistą.

Wczoraj wieczorem TVP Kultura pokazała koncert grupy Closterkeller z roku 1995 i przypomniałem sobie jak to kiedyś byłem pod wielkim wrażeniem gry Pawła Pieczyńskiego. Strasznie mi się podobało, gry widziałem go na scenie. Czarna gitara, czarny strój, mimika i ruch sceniczny ograniczone do minimum. Właściwie tylko stał i grał, a spod jego palców wypełzały gejzery dźwięków. Wydawał się taki zamknięty w sobie, odległy, a ja też taki byłem. Wtedy, przez chwilę chciałem być nim, albo przynajmniej robić za drugiego gitarzystę. Stać z drugiej strony sceny i przygrywać mistrzowi.
Później, moje fascynacje muzyczne wielokrotnie się zmieniały. Byłem gitarzystami całego świata, a i style muzyczne w jakich się znajdowałem były najprzeróżniejsze – od rocka w przeróżnych nawet najbardziej ekstremalnych odmianach, poprzez hip-hop, aż do jazzu. I nawet teraz po całym ciężkim dniu, lubię położyć się na kanapie ze słuchawkami na uszach i w głowie być najlepszym gitarzystą świata mimo, że nigdy nie wyszedłem poza emol cedur amol dedur.
Ostatnio grałem w Zeppelinach, a wczoraj znów z Pieczyńskim w Closterkellerze.

piątek, 20 sierpnia 2010

Piątek trzynastego

                                                                                                   fot. Robert Rojewski www.rockmetal.pl

Przyjechaliśmy na miejsce gdy już na dobre zrobiło się ciemno. Noc była gorąca, samochód bez klimatyzacji, ponad 200 km w oponach i najgorsze – nie mogę napić się piwa - prowadzę. Zmieniam koszulkę, co nie potrzebne zostaje w bagażniku.
Ostatni raz byłem w Szczytnie chyba z 12 lat temu. Wakacje po pierwszym roku studiów, też jakiś koncert, też wieczór... Cholera, zmieniło się wiele. Miasto wypiękniało, zrobiło się takie wysmukłe, wymuskane, dużo bardziej przyjazne niż wtedy. Wtedy na miejsce koncertu, trzeba było przedzierać się przez jakieś błoto, bramki stały tuż przy ulicy. Teraz jest pięknie. Kwiaty, skwerek z pomnikiem Klenczona, ławeczki, piasek na plaży nad jeziorem, podświetlony zamek, otwarty dziedziniec.
Na scenie Hunter, ale to nie na niego tu przybyliśmy. Hunter świętuje akurat urodziny, są goście, patos – jakoś mnie to nie bawi – nawet nie było „mizeri jor insajd of mi”, w ogóle nie ma tego przezabawnego angielskiego w wykonaniu wokalisty. Są za to ognie, Galindowie, cylinder na głowie. Trochę nie moja bajka.
Wychodzimy. Przez placyk, na drugą stronę ulicy, znad drugiego jeziora dochodzą dźwięki muzyki. Jakiś inny koncert. W pubie „Gama” gra fajny zespół. Kowery śmigają aż miło, jazzowe aranżacje Davisa, Red Hotów, Breakoutu... Siadamy na ławeczce nad jeziorem. Gdzieś nad horyzontem gra świateł. Musi tam szaleć burza. Na środku jeziorka podświetlona fontanna. Jest człowiek w koszulce takiej jak ja. Znaczy się są nasi. Ławeczka jest wygodna. Muzyka bardzo dobra, wokalista brawo! Czuję, że odpoczywam. Po raz pierwszy od dawna dociera do mnie klimat wakacji. Rozmawiamy o czymś, być może nawet o muzyce. W przerwie między utworami słychać, że Hunter nadal łoi. Jest bardzo nieśpiesznie i leniwie.
Na miejsce właściwego koncertu wracamy podczas fajerwerków, które ładnie kończą urodziny gwiazdy szczycieńskiego metalu. Deszcz zaczyna padać, co bardziej zapobiegliwi wyciągają parasole. Udaje mi się powstrzymać A. przed tym samym. Deszcz jest taki delikatny i ciepły, że profanacją byłoby uciekanie przed nim. Wystawiam do niego twarz, niebo rozświetlają fajerwerki. Przed nami już tylko Lao Che.
Chłopcy zaczynają się podłączać. Trwa to trochę, bo jest ich przecież siedmiu nie zawsze wspaniałych, a i sprzętu mają niemało. Wszystko idzie jednak niezwykle sprawnie i około godziny 23 zaczyna się atrakcja wieczoru. Jest niesamowicie. Już dawno nie przeżyłem czegoś takiego. Może nie chodzę ostatnio zbyt często na koncerty, ale zwykle już niewiele mnie na nich rusza. Tu jest inaczej. Całe ciało odbiera energię płynącą ze sceny. Dźwięki wypełniają mnie i czuję, że się nie zawiodę. Zaczynają od najnowszej płyty, jest „Czas” jest „Urodziła mnie ciotka” utwór który na płycie nie należał do moich faworytów na koncercie wbił mnie w ziemię „(...)I była parna zima i podał czarny śnieg. I wszystko było opacznie, cudacznie żywot mój biegł”. Utworu z „Prądu...” zrobiły na mnie największe wrażenie. Z każdym kawałkiem było coraz lepiej, było coś z „Powstania...”, było „Hydropiekłowstąpienie”. Było wszystko co sobie wymarzyłem. Było zero gwiazdorstwa. Spięty odkładając gitarę wręcz odsuwał się na bok, jakby pokazując, że ten zespół to jeden organizm. Do tego dochodzi prawdziwa radość z grania i energia płynąca do publiczności.
Serpentynami po miedzy jeziorami pojechaliśmy tam gdzie spać mieliśmy. Prąd elektryczny otaczał nas ze wszystkich stron. Błyskał się i przebicie między niebem i ziemią było faktem. Elektryczny anioł stróż zaprowadził nas na miejsce.
Całą noc śnił mi się ten koncert. Cały następny dzień śpiewałem sobie piosenki Lao Che – najlepszego polskiego zespołu obecnie. Dziękuję panowie. Czapki z głów.

wtorek, 3 sierpnia 2010

„Babe i’m gonna leave you” i kilka słów ponadto


Festiwal najpiękniejszych piosenek bloga „Muzyka w tle” ma zaszczyt przedstawić dzieło grupy Led Zeppelin „Babe i’m gonna leave you”. Dziełem jest ten niesamowity aranż, te gitary, bębny, wokal – mistrzostwo świata. Piosenka bowiem jest autorstwa niejakiej Anne Bredon i powstała w latach 50 XX wieku. Zeppelini nagali ją w roku 1968 i wydali na swojej pierwszej płycie w styczniu roku 1969. Ale cóż pisać można o muzyce, niech zabrzmi, niech broni się sama i niech urzecze was tak jak mnie urzekła.



Jak ciężko mi napisać cokolwiek na tego bloga... Chyba już z siedem razy musiałem wstawać od komputera podczas pisania tego krótkiego tekstu. Zawsze gdy próbuję pisać, One mają wielki apetyt na chrupki, chce im się pić, sikać i jestem im potrzebny w stu tysiącach arcyważnych rzeczy. To bardzo irytujące. Nie tłumaczę się z tego, że wpisy pojawiają się tak rzadko, bo to też wina mojego lenistwa, ale niestety po całym dniu z moimi kochanymi dziewczynkami nie jestem w stanie spokojnie usiąść wieczorem i coś sensownego wymyślić. Wieczór należy raczej do relaksu i odmóżdżania się. Do spożywania płynów rozweselających i do nielicznych w ciągu doby rozmów z dorosłym człowiekiem. W dzień natomiast nie bywa lekko... Ale, żeby te moje wynurzenia nie były zbyt nużące, wróćmy jeszcze raz do pierwszej płyty Led Zeppelin – na uspokojenie. Teraz pan ma relaks...

poniedziałek, 19 lipca 2010

Tęsknota za zimą...


Wreszcie trochę chłodniej. Można ciut odreagować te dobre kilkanaście dni tropikalnych upałów. Wiele wskazuje na to, że to jeszcze nie koniec, ale takie chwile jak ta powodują, że znów chce się żyć. A było naprawdę nielekko. Co prawda w zasięgu rzutu beretem mam basen, ale upały tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że lato jest jednak nie dla mnie.
Siedzę tak sobie i już wizualizuje mi się padający śnieg za oknem. Na początku lekkie małe płatki tańczące na wietrze, stopniowo zagęszczające atmosferę i przykrywające cały świat białą zasłoną. Śniegu jest coraz więcej i więcej, już trzeba odkopywać auto spod zaspy i kółka kręcą się w miejscu. Są sanki, lepienie bałwana, mokre rękawiczki, powrót do ciepłego domu, herbata i koc. Jest zamarznięte jezioro i mazurski las całkowicie pod śniegiem. Tropy zwierząt, kulig, ognisko i cisza przerywana tylko szumem wiatru. Mróz szczypiący w twarz, ciepła kurtka i choinki pod śniegiem...
O tęsknocie za latem napiszę za kilka miesięcy.

poniedziałek, 5 lipca 2010

Różowe lata 70-te

Ostatnio, wolne chwile między mundialowymi meczami, umilam sobie przezabawnym serialem „Różowe lata 70-te” (That ‘70s Show). Zabawa jest przednia, postaci rewelacyjne i humor czasami powoduje niebezpieczną możliwość spadnięcia fotela. Codzienne wizyty w piwnicy Erica Formana  w Wisconsin, są totalnym oderwaniem od rzeczywistości. Serial opowiada o grupce młodzieży uczącej się w liceum, gdzieś na amerykańskim środkowym zachodzie, o ich rodzicach, problemach, o życiu. Jeśli wszystko to włożymy do gęstego sosu końca lat 70-tych pełnego rewolucji seksualnej, przemian społecznych, hipisowskiego rocka, disco, oparów marihuany („...po co wam na weekend cały worek oregano?”) , to wychodzi nam mieszanka wybuchowa. Polecam każdemu, skąd to wziąć nie piszę, bo jak mówi pismo – „szukajcie, a znajdziecie”:-)

Trochę czytałem ostatnio o tym serialu i okazuje się, że jego roboczy tytuł brzmiał „Baba O'Riley” - a to tytuł genialnego utworu grupy The Who. Polecam przyjrzenie się jaki show gitarowy robi Pete Townshend, kompozytor tej piosenki, we fragmencie koncertu, który prezentuję poniżej – ten ruch ręki – klasyk. We wspomnianym teledysku występuje również facet w koszulce po młodsze siostrze i basista ze strasznym basem – czasami mam wrażenie, że ten bas rządzi światem, albo przynajmniej ma takie ambicje. Nieważne to jednak, posłuchajcie zespołu The Who.

„Nie płacz
Nie podnoś wzroku
To tylko zmarnowane pokolenie”.

czwartek, 24 czerwca 2010

Siła za siłę i systemu olevanie

Wczoraj oglądam ja sobie panie mecz. Ghana przegrała z Germańcami, ale na szczęście wyszła z grupy. Nie o tym jednak miała być ta opowieść. Przełączam ja sobie panie na TVP Kultura, a tu Jarocin, rok 1992. O w mordę tchórzofretkę – myślę ja sobie - toż to Ga-Ga. Nie żadna plastikowa Lady GaGa, tylko Ga-Ga – punk pełną gębą – otwórzcie umysły, siła za siłę. Normalnie czad panie. Czad! Ależ oni zaangażowani, jak cholera panie, „punk nie umarł, punk oleva system”. „Jesteśmy punkowcami i będziemy tak grać przez całe życie”.

Mirosław „Smalec” Malec (wokalista Ga-Gi) przeszedł później przemianę duchową, przyjął Krysznę do swego serca wyciszył się , oddalił od świata. Nazwa Ga-Ga zyskała dopełnienie „Godhead”, a obecnie po różnych zawirowaniach zespół gra po nazwą Ga-Ga/Zielone Żabki (Zielone Żabki to pierwszy zespół Smalca). Wtedy jednak jego Ga-Ga i te szczurki na okładkach kaset były symbolem buntu początku lat ’90-tych XX wieku. Komuny już nie było, ale jeden system zastąpił drugi. Pojawiło się bezrobocie, frustracja i dla wielu olewanie systemu, który wtedy się rodził, a który o wielu zapomniał, było czymś tak oczywistym jak walka z komunizmem. Ga-Ga olewała system, krzyczała ze sceny – wypierdalać! Była głosem z Polski B, która na przemianach nie zyskała, a raczej popadła w marazm i często po prostu się stoczyła.
Ciekawe zjawisko, znak czasów. Bunt w czystej formie.
Przed Państwem Ga-Ga ze wspomnianego koncertu.

wtorek, 22 czerwca 2010

O wschodzie i zachodzie słońca


Po pierwsze nie należy wykonywać zbyt gwałtownych ruchów. Należy powoli otworzyć oczy. Jeszcze wolniej podnieść się do pozycji pionowej i wstać dopiero wtedy gdy jest już pewność, że wszystko gra.
Najlepiej pomyśleć jeszcze przez chwilę o letnim zachodzie słońca. To nie ważne, że jest ranek. Niech przed oczami stanie stare, grube słońce powoli znikające za horyzontem. Zapach świeżo skoszonego zboża, bezkresne złote przestrzenie przetykane wielkimi belami słomy, podmuch gorącego powietrza, śpiew ptaków i czerwień nieba na zachodzie.
Potem wszystko jakoś pójdzie. Mam nadzieję...

Do posłuchania: Pink Floyd - "Fat Old Sun" z płyty "Atom Heart Mother" z roku 1970, śpiew i genialne solo gitarowe David Gilmour. Natomiast z jakiego filmu jest kadr nad tekstem, tego chyba pisać nie muszę, prawda? :-)

piątek, 4 czerwca 2010

Przed urlopem

Ostatnio nie mogę spać. Budzę się wcześnie, a kładę raczej późno. Nawet te chwile wieczorem, które jeszcze do niedawna ładowały moje akumulatory, nagle stały się tylko kolejnym elementem dnia. Czuję się przeładowany monotonią. Każdy dzień jest taki sam. Każdy tydzień, miesiąc... Zmienia się tylko wystrój świata za oknem. Teraz jest wściekle zielony i siły natury czasami odgrywają przede mną swoje przedstawienia. Zabarwiają niebo na granatowo, przetykają przestrzeń nićmi błyskawic i huczą złowrogo. Najwyraźniej chcą mnie przestraszyć, lecz ja już niewielu rzeczy się boję. Co najwyżej wzruszam ramionami, lub brew podniosę do góry. Ogarnia mnie apatia i niechęć do robienia czegokolwiek. Powoli zapadam się w tym wszystkim i tylko czasami zastanawiam się czy aby łóżko mnie nie pochłania. Robi się coraz bardziej miękkie i coraz mniej mnie zaczyna z niego wystawać. Może dlatego nie mogę spać... Może po prostu nie chce jeszcze zniknąć...

A może to koszmar, którego nie chcę pamiętać...;-)
Już jutro urlop!

wtorek, 18 maja 2010

Jestem Morsem!

 
Jestem morsem, jestem jajkoczłekiem, siedzę na chrupku, w angielskim ogrodzie... Świat wiruje, jestem jajkoczłekiem, jestem Morsem!

Festiwal ulubionych piosenek zespołu The Beatles ma zaszczyt przedstawić utwór wzbudzający szaleńcze tańce w moim domu. Pewne niewysokie osoby zaczynają nagle rytmicznie podrygiwać zabawnie przekrzywiając głowy. Skakanie po kanapie również miewa wtedy miejsce, choć od razu dodam, że nie jest mile widziane. „Tańczyć!” – wołają, i wszyscy przez te kilka minut czujemy się jak morsy, pingwiny, chrupki i jajka z niespodzianką mające za chwilę eksplodować. Obrót, obrótobrót - jestem Morsem - I am the eggman, they are the eggmen. I am the walrus, goo goo g'joob g'goo goo g'joob.
Goo goo g'joob g'goo goo g'joob g'goo...

czwartek, 13 maja 2010

Pociągi

Pierwsze wspomnienie to wielki czarny parowóz i skład złożony z czarnych piętrusów. Letni, ciepły poranek i mała stacja na Mazurach, niedaleko miasteczka nieładnie pachnącego fabryką płyt pilśniowych. „Nie wsiadajcie do pierwszego wagonu” – przestrzegał dziadek – „Tam dym wciska się przez okna”.
Pociąg był zawsze wielkim przeżyciem. Może szlabany będą zamknięte, będziemy czekać, policzymy wagony...
Podróże do Gdańska pociągiem osobowym i dalej jako pospiesznym. Skład Mare Balticum obsługiwany przez koleje niemieckie. Niby nie najnowsze były te wagony, a jednak jak odstawały komfortem i jakością od naszych biało-zielonych przedziałowców drugiej klasy.
Linia kolejowa, której już nie ma. Zarośnięte lasem pozostałości po stacji. Elementy peronu, które coraz ciężej znaleźć.
Strzała Północy z Warszawy Zachodniej do Ełku przez Olsztyn, Szczytno, Ruciane Nidę. Cała noc w pociągu, towarzystwo raczej szemrane. Podróż z grupą kieszonkowców w przedziale, którzy ciągle chodzili po składzie, robiąc jakieś dziwne rzeczy, a mnie nie ruszyli. Może to jakaś złodziejska etyka. Byłem w podobnym wieku co oni, rozmawialiśmy, żartowaliśmy. Jedno z dziwniejszych przeżyć w moim życiu.
Nocny w wakacje nad morze, przesiedziany na stołku w Warsie i kawa po turecku – jej okropny smak nadal mnie prześladuje.
Wyprawy na pociągi w Miedzeszynie. Nocą, na pustej stacji, z plecakiem piwa. Cisza, wsłuchujemy się, jest, zbliża się, już ziemia drży, prawdziwy potwór, czterdzieści wagonów i podmuch prawie zmiatający z peronu.
Wąskotorówki w Ełku i Sochaczewie.
Pociągi... dobrze, że te jeżdżące przez moje miasto mają się dobrze. Nie upadają, nie zawieszają się i nie likwidują. Czasem zimą niedomagają, ale wybaczam im to. Dobrze, że są.
„Patrz” – mówię – „Pociąg jedzie. Jakiego koloru była lokomotywa?”. „Zielona tato”...
Piersi i Przyjaciele - Szanujmy wspomnienia

środa, 5 maja 2010

Prąd stały / Prąd zmienny

Świat musiał jakoś powstać. Najpierw ten wybuch, wielki i kosmaty. Iskra, początek, przebicie elektryczne do śródmieścia, pioruny. Potwory rządzące światem, godzille i krakeny.
Potem już jakoś poszło, mamuty zastąpiły gadziny, człowiek z drzewa zszedł. Chwycił za broń i zaczęło się na dobre.
Historia świata, życia i śmierci wg. Lao Che. Prąd stały, prąd zmienny i mały człowiek w tym wszystkim. „Komunalne linie – granda! Oddać głowę dranie!” - krzyczy, zagubiony, bezwolny, czasami pragnący tylko tabletki na ból istnienia, czasami tracący głowę – dosłownie i w przenośni. Opowieść o prądzie, elektrycznym aniele stróżu, który „gdzieś w kącie za szafką uwije swe gniazdko”, wpisuje się w najlepszą tradycję polskiej literatury, nie stroniącej od opowieści o maszynach i tym co mechaniczne, techniczne, a zarazem metafizyczne. Natomiast słowa: „dziś raczej nie wpadnę bo umarłem” po katastrofie smoleńskiej brzmią jakoś mrożąco... Do tego wszystkiego ta zimna mechaniczna muzyka. Zupełnie nienowoczesna, wypełniona syntezatorami o brzmieniu sięgającym w lata 80-te ubiegłego wieku.
Powstała oto płyta niezwykła, niezwykłego zespołu, jednego z niewielu w Polsce, który potrafi wstrząsnąć słuchaczem, którego piosenki nie są o niczym i którego teksty czyta się jak tomik wierszy. Polecam.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Soul side story

 
Paul Klee "Czerwony balon"

...stary most...biały żółty maluch...mały lasek...kładka strażacka...Radość...521...Kic...lokomotywy...ryba po grecku...28 września...Krynica...pętla w Jelitkowie...morze...pioruny...zamarznięte jezioro...Klee...poranny tramwaj...nocny pociąg na Mazury...pierwszy wspólny sen...winomarkiwino...ognisko...nocne pod Centralnym...radio z zielonym okiem...Dali...Olifant...23:35...autobus o 14:20...Jelonki...stara i nowa Armia w Stodole...muzyka...komiksy...bary mleczne...uzależnienie od książek...szum...dziadek...kamyki...rzeka...kina których już nie ma...szpulowiec...las...jesień...składanki z radia...pinot...nieśpieszne filmy...rezerwat Zakręt...butelki beczułki...różowe drzewo...wyspa...kasety magnetofonowe...Stocznia Gdańska...Warszawa...park przy szpitalu...pusta plaża...piwo Specjal...Kroniki Marsjańskie...Anakin...Frodo...stacje kolejowe...ulica Sportowa...kasztany...lądujące samoloty...schabowy w Pułtusku...Sypitki...wycieraczki w aucie...deszcz...cdn

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

All is full of love

Tylko ona zostaje. Gdy świat odchodzi, a na ekranie powoli lub szybko – to zależy od okoliczności, obraz zaczyna się zaczerniać. W końcu widać już tylko małe fruwające punkciki zbierające się na samym środku. Nagle wszystko milknie, wszystko ginie. Dla tych co zostali.

Niebo znów jest stalowe - teraz zamknięte dla samolotów, wiosna budzi świat do życia i wszystko toczy się dalej. Znów trzeba wstać i wskoczyć w świat. Znów ciężko znaleźć chwilę na cokolwiek. Każde napisane zdanie jest kilkaset razy przerywane. Ciągle coś chcą, coś mówią, krzyczą, śpiewają. Można tak wymieniać bez końca. To bardzo irytujące. Dźwięki, zapachy, próby zwrócenia uwagi. Potrzebuję tylko chwili, zamykam oczy i zastanawiam się, czy roboty też mogą kochać?

czwartek, 8 kwietnia 2010

Podróż

Dziś widziałem: samochody i szosę asfaltową ciągnącą się bez końca.
Rzekę, a nawet królową rzek i to, że brzegi jej już się zielenią.
Pociągi wijące się jak węże.
Puste wioski i miasteczka, a nie była to noc, ledwo kilkanaście minut po osiemnastej.
Drewniany wychodek, ciężarówkę o śmiesznej nazwie, kosmiczny atak kichania w Pułtusku.
Sarny, które prawie się mnie nie bały i wilgoć tak silną, że prawie namacalną.
I jeszcze las, który nie chciał się skończyć.

***

Sięgam do przegródki z piosenkami najpiękniejszymi:

wtorek, 16 marca 2010

Strzeż się tych miejsc

W pewne miejsca lepiej się nie zapuszczać. Od razu widać, że nie jesteś tam u siebie. Wyglądasz inaczej, inaczej patrzysz. Czasami zachowujesz się tak, jakbyś w swej torbie miał najważniejszą rzecz na świecie. Ściskasz ja mocno siedząc w autobusie, z przodu, blisko kierowcy. Jakby to, że się tam znajdujesz mogło cię przed czymś obronić. Myślisz naiwnie, że ten pan w budce, który prowadzi pojazd ruszy ci z pomocą, a on też chce po prostu spokojnie przejechać te kilka ulic, gdzie jego obecność, jest co najwyżej łaskawie tolerowana.
Pada deszcz, krople rozbijają się o szyby. Świat nagle staje się szary i po chwili z okien autobusu nie widać już nic. Nerwowo przecierasz zaparowaną szybę, robi się duszno, koła rozbijają kolejne kałuże. Światła samochodów mijają przed oczami, a miasto zaczyna się przerzedzać. Czas wysiadać.

poniedziałek, 8 marca 2010

Kind of Blue

Płyta powstała z marszu. 2 marca 1959 roku Miles zebrał wszystkich muzyków w studiu Columbia przy 30 ulicy w Nowym Jorku i zaczęła rodzić się najwybitniejsza płyta w historii jazzu. Podobno sam Davis miał w głowie tylko kilka akordów, jakiś ogólny zarys tego co ma się na „Kind of Blue” znaleźć. Muzycy zajęli miejsca przy instrumentach, jeszcze tylko kilka wskazówek i zaczęli nagrywać. W pełnym skupieniu, w pełnym zrozumieniu i pełnej improwizacji. Jakby połączyły ich jakieś niewidzialne więzy. Miles dyrygował spojrzeniami, czasami jakimś delikatnym gestem, a dym papierosowy i duch absolutu się nad nimi unosił.



Zaczyna Davis, John Coltrane stoi z boku i wystarcza jedno spojrzenie by z saksofonu Johna wypłynęła muzyka. Miles jest spokojny, przygląda się, słucha, pali papierosa. Na koniec przykłada palec do ust i instrumenty cichną, jest coraz ciszej, zostaje tylko rytm... To co widzimy to już nieco późniejsze nagranie, jest 2 kwietnia 1959 roku.

Przebłysk geniuszu. Duch unosi się nad wodami, duch i muzyka, przy której wschodzi słońce.

wtorek, 2 marca 2010

Kapitan Phil Harris 1956 - 2010

„A swoją drogą to dziwne, traktujesz kogoś jak postać z serialu, a to prawdziwy człowiek był”- powiedziała i sporo racji było w tych słowach.  Co tydzień siadałem sobie wygodnie w fotelu, otwierałem piwo, włączałem telewizor i nie owiewał mnie lodowaty wiatr, ani woda nie zalewała mych oczu, a jednak jakoś w tym uczestniczyłem.
Serial dokumentalny „Deadliest Catch”.
Myślałem sobie, kurcze, ale to twardziele, jednak cała ta sytuacja sprawiała, że byli jacyś tacy odrealnieni. Niby mieli jakieś problemy i chwile wielkiej radości, ale czy czegoś takiego nie ma w zwykłych serialach. Dopiero śmierć jednego z nich sprowadziła wszystko we właściwe tory. O tym, że kapitan Phil Harris nie żyje dowiedziałem się wczoraj ze oficjalnej strony F/V Cornelia Marie. I smutno mi się zrobiło. Żył w biegu i tak odszedł.

„Find The Coast Of Freedom” Crosby, Nash i Gilmour – ode mnie na pamiątkę.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Historia pewnej kasety

Badania dowodzą, że było to lato roku 1992. Świadczy o tym dokumentacja fotograficzna, na której dwóch koszmarnie ubranych wyrostków stoi koło tamy we Włocławku. Wiatr rozwiera im grzywki, w tle majaczą jakieś druty wysokiego napięcia i ptactwo powietrzne się nad nimi unosi. Młodzieńcy przyjechali w to zupełnie obce im miejsce z wycieczką objeżdżającą miejsca święte, której uczestnikami są w przeważającej większości niemłode już kobiety. Wycieczka rozmodlona jest do granic wytrzymałości. Cud już ma chyba za sobą. W szczerym polu, w miejscu, gdzie dróg asfaltowych jeszcze nie zbudowano, objawiło się pewnej części wycieczki wirujące słońce. Jednak, jeśli mnie pamięć nie myli, główne atrakcje sakralne są jeszcze przed nimi. I sen w autobusie i jazda na składanym krzesełku i powrót i kupno kasety. Bo to ona stała się przyczynkiem do tych wspomnień. Kupiona już po wszystkim. Po powrocie i po śnie, latem 1992 roku w małym miasteczku w województwie łomżyńskim. The Cure – Wish.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Massive Attack - Heligoland

Dziś, po raz pierwszy w historii tego bloga, jestem na czasie. Powiem więcej, jestem tak bardzo punktualny i aktualny jak tylko można być. Dziś bowiem ma premierę długo oczekiwana nowa płyta Massive Attack - "Heligoland". Siedem lat panowie Robert Del Naja i Grant Marshall kazali nam czekać na swoje najnowsze dzieło. Jakie jest nie wiem (przesyłka z krążkiem jeszcze do mnie nie dotarła), ale utwory ją promujące są bardzo zachęcające. Czy będzie lepsza, czy może choć porównywalna z moim ulubionym "Protection" z 1994 roku? Czy znowu zakocham się w trip-hopie? Czy wiosna kiedyś przyjdzie? Zostawiam was z tymi pytaniami i z promującymi najnowsze dzieło Massive Attack klipami.





Ps. Wszystkie klipy promujące album są dostępne pod tym adresem.

Natomiast widzów dorosłych zapraszam do obejrzenia pierwszego singla z płyty "Heligoland" - "Paradise Circus" - mocne dzieło. Muzyka piękna.

piątek, 5 lutego 2010

Sigur Rós - Heima. Impresja.

Być odkrywcą. Odkryć sens. Zrozumieć świat. Udowodnić, że Bóg istnieje. W czystym pięknie. W chmurach spadających z gór. W skałach. W wodzie.

Płynąc przez kolejne jeziora, czując krople deszczu na twarzy, śpiąc w pustych miejscach, w mokrym namiocie, jedząc niewiele, wieczorami susząc się przy ognisku, powoli przybliżałem się do celu. Od wielu dni byłem sam i ta samotność pozwalała zbliżyć mi się do prawdy. Na razie zbliżałem się do przybrzeżnych trzcin, zbliżałem się do wielkich ryb, do dzikich ptaków, do wiatru, do wody, do tego co samo przecież istnieć nie może. I czułem jak ta niewielka cząstka wszechświata zbliża się do mnie.

Dni mijały podobnie, od porannego zwijania obozu do ponownego postoju wieczorem. Pod stalowym niebem, rozbijając dziobem kajaka ciemną powierzchnię wody. Z dnia na dzień robiło się coraz zimniej. Liści na drzewach było z każdym dnie mniej. Para wydobywająca się z ust i drętwiejące palce mówiły – nie wytrzymasz. Wracaj, nie dasz rady. Jednak kres podróży był już bliżej niż początek.

Tu sam byłem panem sytuacji. Decyzja należała tylko do mnie. Odpowiadałem tylko za siebie. Rany bolały tylko mnie, a zimno tylko mnie przeszywało do szpiku kości. Jakże inne było to dla mnie. Jakże piękne było to nie otoczenie ludźmi. Cisza mącona tylko rytmicznym uderzeniem wioseł, trzaskiem palącego się drewna, czasami dźwiękiem harmonijki.



Ta niebiańska muzyka to czyste piękno. Coś niesamowitego, przenikającego i zostawiającego ślad. Krajobrazy, zasłuchani ludzie - od staruszków po małe dzieci, wełniane swetry, instrumenty z kamieni i stuletniego rabarbaru, opuszczone wioski, chmury, skały, woda  i te wspaniałe dźwięki. "Heima" to jeden z najlepszych filmów muzycznych jakie widziałem. Polecam.

Po kliknięciu na zdjęcia znajdziecie się w "Heima" - w ojczyźnie

poniedziałek, 25 stycznia 2010

muzyka: Tom Waits

Zaśnij już. Zamknij oczy. Przekręć się na drugi bok i postaraj się nie myśleć. Tykanie zegara jakoś nie uspokaja, a marzenia nie układają się w głowie tak jak powinny. Dom już śpi, ulica, osiedle i miasto też. Wiatr tańczy z foliową torebką na zmrożonym bruku. Opary unoszą się znad metalowych wejść do świata podziemnego. Tylko tam jest teraz ciepło, w kloace miasta, w królestwie szczurów i wyrzutków, którym ciemność i smród niestraszne.
Noc z mrozem unoszą się nad pustymi ulicami i czasami ich oddechy odbijają się od okien. Sen nie przychodzi. Dziś nie chce cię znać. Tylko stary pies śpi jak zawsze w kuchni, przy kaloryferze i niewiele robi sobie z bezsenności swego pana. Nic mu się nie śni, bo i po co, skoro świat jest i tak wystarczająco ciekawy. Noc ma być cicha i nieść spokój.
Kolejna szklanka palącej cieczy, kolejny utwór ze starej płyty. Słychać pierwsze ciężarówki z gazetami, a zaspani kierowcy wsiadają do pierwszych dziennych autobusów.
Stary pies przyszedł  z kuchni i położył głowę na kolanach. Miasto budzi się, a wypełniony burbonem organizm kapituluje.

wtorek, 19 stycznia 2010

All Along The Watchtower

Festiwal Twórczości gitarowej im. Boba Dylana ma zaszczyt przedstawić "All Along The Watchtower", utwór wielki, piękny i niesamowity.
W kategorii sentymentalno-uczuciowej (gdyż uczuciem wielkim pałam do tego wykonania) przed Państwem wersja Brygady Kryzys pt. "Naokoło wieży" - tłumaczenie Tomek Lipiński

musi być stąd jakieś wyjście
powiedział błazen do złodzieja
jest za duże zamieszanie
nie mogę znaleźć ukojenia
biznesmeni piją moje wino
oracze ryją moją ziemię
ile to wszystko jest warte
tego nikt z nich nie wie
nie ma się co podniecać
złodziej mówił łagodnie
jest między nami wielu takich
co myślą że życie to tylko żart
ale ty i ja mamy to z głowy
i to już nie jest nasz los
nie mówmy kłamstw
zapada już noc
naokoło wieży
królewna patrzy i wie
że kobiety przychodzą i odchodzą
bosonogie sługi też
gdzieś daleko stąd
zawarczał dziki ryś
dwaj podróżni się spotkali
i wiatr zaczynał wyć



W kategorii eventowo-traffikowej: wersja U2



W kategorii wielko-improwizacyjnej: wykona tą pieśń: Boss Bruce Springsteen



W kategorii legendarnej: Jimi Hendrix



I na koniec nie mogło zabraknąć twórcy tej pięknej piosenki - Panie i Panowie - Bob Dylan

czwartek, 14 stycznia 2010

Zima


Na wschód od miasta prowadzi szara droga. Niewiele osób zapędza się tam, szczególnie zimą. Nieopodal dawnej fabryki serów, jest zarastający staw, teraz skuty lodem, na którym chłopcy urządzają turnieje hokejowe. Tej nocy spadło wyjątkowo dużo śniegu. Polna droga jest całkowicie zasypana i dojście nad staw stanowi nie lada wyczyn...

Słońce powoli wznosi się znad linii horyzontu, a mróz szczypie w policzki. Nad stawem nie ma nikogo. Wiatr rozwiewa śnieg z tafli lodu. Łyżwy z plecaka przedostają się na stopy, odbicie prawą nogą, lewą, znowu prawą. Coraz szybciej i szybciej. Nawrót i znów nabieranie prędkości i jeszcze raz i jeszcze. Serce bije coraz szybciej, a mróz dociera do każdej zmarszczki, do każdego zakamarka twarzy. Zimne powietrze wypełnia płuca. Rozłożone ręce, słońce świeci, niebo opada na głowę i świat zaczyna wirować...

środa, 6 stycznia 2010

Z 09 na 10



Pognębiony przez chorobę, która przewaliła się z hukiem przez moją rodzinę, mieląc wszystkich, których napotkała na swojej drodze, nie napisałem nic o magicznej zmianie cyferek, która pewnej grudniowej nocy zelektryzowała dużą część populacji ludzkiej zamieszkującej naszą umęczoną planetę. Och jakże lubimy cyferki, jak je kochamy, odliczamy, przypisujemy im siłę magiczną, zamykamy w ich ramy cały otaczający nas świat i zmiana w kalendarzu zawsze nas podnieca. Zmiany, zmiany i z bólem głowy, otwierając oczy w styczniowy poranek rozpoczynamy podsumowania. Takoż i ja uznałem, że od tego nie ucieknę i przedstawię państwu subiektywne około-muzyczne podsumowanie roku 2009.

Zacznijmy od wydarzenia roku: tu niewątpliwie najbardziej odcisnęła się w świadomości śmierć Michaela Jacksona. Postać już przez popkulturę odstawiona na boczny tor, zmarginalizowana, często wyśmiewana, nagle umierając znów ożyła. Paradoks, choć właściwie norma w naszym zwariowanym świecie.



Płyta zagraniczna... trochę tego było, bo i U2 i Depeche Mode i Mastodon i Rammstein, ale tak właściwie, to wyróżniłbym tu dwa wydawnictwa. Pierwsze to Pearl Jam "Backspacer". Równa, dobra płyta, która zawsze bardzo pozytywnie nastraja mnie gdy jej słucham. Jest w niej radość ze wspólnego grania, jest jakaś taka dobra energia, płynąca między członkami zespołu. Polecam.

Drugą płytę poznałem niedawno, to nowojorski zespół Grizzly Bear i album pod tytułem "Veckatimest". Dziwna post folkowa, nie piosenkowa muzyka, porównywana do „Pet Sounds” i Radiohead. Taka podróż w świat muzycznych pejzaży, po pustych ulicach w oparach miasta i bezdrożach gdzieś na pustkowiu. Bardzo ciekawa rzecz.

I na koniec wracamy do nas. Między Odrę i Bug, Bałtyk i Karpaty. Trochę już tu pisałem o dobrych polskich płytach z liczbą 2009 na okładce. Robią wrażenie dwie płyty Armii, był nowy Kult najlepszy od dobrych kilku lat, ale ciągle mający problem z podejmowaniem decyzji (gdyby wyrzucić kilka utworów, kto wie, może byłaby płyta roku) i kolejne wydawnictwo cenionego przeze mnie Lipali. Wygrywa jednak Hey „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”, o której pisałem w poprzednim wpisie, więc powtarzać się nie będę. Bardzo dobra płyta po prostu.

Ciekawy był to rok, w ciekawych czasach żyjemy – to ważne. Oby ten z dziesiątką na końcu był równie dobry. Niech świeci słońce, niech woda krąży w przyrodzie, niech czasu będzie więcej, niech rodzą się nowi ludzie, a muzyka niech nas otacza.

Na koniec Grizzly Bear. Do następnego razu.