czwartek, 20 stycznia 2011

Czarne autobusy

Od rana czekam na możliwość wychylenia czarki jakiegoś rozgrzewającego napoju. Spadł śnieg, znowu biel. Świat udaje sterylność. Śnieg spadł i przykrywa wszystko - jak mówił poeta. Nie ociągam się, podnoszę powieki. Wstaję. Nie jest to łatwe, kończyny bywają ciężkie i wgniata grawitacja, pieprzone ciążenie zbliża mnie co dzień bliżej ziemi. Czasami myślę, że chce mnie pochłonąć. Paszcza rozwiera się. Dziura jest głęboka, ma więcej niż sześć stóp – to pewne. Obchodzę ją dookoła. Patrzę, przyglądam się, nawet czasami główkę pochylę na bok, ku prawej stronie, jak zwierze zainteresowane czymś, co nie ma prawa znaleźć się na jego drodze. To przecież wbrew naturze, tego nie powinno tu być, a jest. Żyje, pulsuje, kłapie do mnie. Przejście na drugą stronę. Gdybym tylko wiedział co tam znajdę. A mówią różne rzeczy. Wolę nie ryzykować i nie wskakuje. Nie pociąga mnie uczestnictwo w koszmarze. Czerwone niebo, rdzawy piasek pustyni pokryty martwymi ptakami. Wycie dzikich bestii. Zbliżające się dźwięki coraz mocniejsze i straszniejsze, choć jeszcze sekundę temu wydawało się, że straszniej już być nie może. Wschodzące i zachodzące słońca i księżyce... A może tylko biel i nic więcej, a może tylko czerń i nie ma już kolorów i nie ma ciążenia. Nie ma sensu się ruszać, bo nie ma punktu odniesienia, jest tylko trwanie...
Omijam, odchodzę. Krążę w kapturze na głowie, prawie wpadam pod autobus, uciekam, krzyczącym pokazuję plecy – za mało mam odwagi by pokazać palec. Niech wreszcie płynna stal mnie wypełni, niech zabierze strach i niepokój. Niech to się wreszcie stanie.
Otwieram drzwi. Prawie ich nie widać. Są zrośnięte ze ścianą. Schodzę w dół. Schody są strome. Ściany wilgotne. Idę wąskim tunelem. Jest coraz ciemniej. W wielkiej sali, wokół wiszącej na drucie żarówki stoi kilku ludzi. Na starym stole leży walizka – wiem, że jest pusta. Czekają na mnie. Są dobrze ubrani. Moje przeciwieństwo. Dobrze skrojone garnitury, lśniące buty. Milczą.
Dotykam walizki i czuję jak wypełnia się pod moimi palcami. Odwracam się i wymiotuję na podłogę w kącie sali. Rękę opieram o ścianę, ledwo stoję, zdejmuję kaptur, przeczesuję się, a w dłoniach zostaje kępka włosów. Jestem już sam. Na środku stołu leży zwitek banknotów. Rulon. Faceci z rulonami w kieszeniach. Z kim ja się zadaję? Za dużo mnie to kosztuje.
Wychodzę na powietrze, a raczej to co z niego zostało. Kikuty budynków pokryte śniegiem, wyglądają nawet ładnie w tym świetle. I znowu prawie wpadam pod autobus. Wkurwiają mnie te czarne autobusy z żałobnikami. Muszę z tym skończyć.

***
Soundtrack:



DJ Shadow - Building Steam With A Grain Of Salt
RZA - Flying Birds
Jacaszek - Rytm to nieśmiertelność

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Deftones - Sextape

Krążyłem nocą po mieście. Od dłuższego czasu. Silnik mruczał miarowo i spokojnie. Nie rozpędzałem się szczególnie. Raczej sunąłem, przemieszczałem się.
Najbardziej lubiłem gdy światła uliczne przełączały się w tryb nocny. Rytmiczne ich pulsowanie wprowadzało mnie w ten specyficzny nastrój. Dziwny trans. Latarnie zlewały się w jedną długą wstęgę światła. Nieliczni ludzie, duchy śpiącego miasta pojawiały się i znikały. Zawsze bez twarzy, tylko sylwetka, zarys postaci wychylający się gdzieś z zakamarków nocy. Życie widziałem w oknach domów rozświetlonych migotaniem świecy. Stamtąd płynęło ciepło. Misteria, które się tam odbywały napełniały noc mocą. Przejeżdżając w pobliżu czułem tą energię w powietrzu. Prawie namacalnie.
Mijałem podobnych do mnie, lecz nigdy z nimi nie rozmawiałem, mijałem nocne autobusy wolno pełzające po arteriach miasta. Jechałem dalej, ku nabrzeżu. Nad bulwarem pozwalałem sobie na chwilę wytchnienia. Wysiadałem, opierałem się o maskę, zapalałem papierosa. Paliłem łapczywie, szybko, wsłuchując się w ocean. Szum rozbijających się fal górował nad głosem miasta. Ruszałem dalej. Nie mogłem spać. Już tak długo.

***

Miejsce drugie mojego prywatnego plebiscytu na utwór roku 2010 – Deftones „Sextape” z płyty „Diamond Eyes”.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

The National - Sorrow


The National „Sorrow” - najładniejsza piosenka ubiegłego roku. Niekwestionowany zwycięzca mojego prywatnego rankingu na utwór roku. Kolejne miejsca przedstawię Państwu wkrótce.
Kilka słów o zespole. The National pochodzą z Cincinnati, a obecnie rezydują na Brooklynie w Nowym Jorku, grają pięknie, balladowo, kameralnie i co ciekawe już w lutym zagrają w Polsce: 22.02 w klubie Studio w Krakowie i 24.02 w warszawskiej Stodole. Bilety podobno jeszcze są. Kawałek pięknej melancholijnej muzyki, gitarowe brzmienia przeplatane dźwiękami smyczków i sekcji dętej. Może pewna osoba, którą kiedyś zabrałem na koncert, wreszcie mi się zrewanżuje – co ty na to M?
Za oknem jakiś czarny ptak usiadł na nagiej gałęzi, a krople wody skrzą się i drżą na śpiących drzewach wokół mego domu.

„Smutek jest moim ciałem na falach się unoszącym
Jest dziewczyną ze środka mojego tortu
Mieszkam w mieście smutku
Jest w miodzie i jest w mym mleku...”