piątek, 22 lipca 2011

Nuty, dźwięki vol.6



Summer in the city

Zaczynamy w Londynie, w jakiejś ceglanej hali grają Asian Dub Foundation. Jestem z dziewczynkami. Wygląda to dość osobliwie, skaczemy do góry: tato, dwu i czterolatka.
Kalifornia, impreza Andy’ego. Willa z basenem, kolorowe drinki, laski w bikini, w żyłach czuję pulsowanie, dom pełen ludzi, gra Barry Adamson.
Kamera przenosi się na plażę, może do jakiegoś klubu. Na pewno jest gorąco, duszno, ciasno i głośno, światła migają, bas rozwierca trzewia.
Znaleźliście coś? Słońce, jest piękne! Wiatr od morza, choć do niego aż 65 kilometrów.
Wschodnie wybrzeże, nie, tym razem nic z hip-hopu. Gorący asfalt i cień na wagę złota, kurcze, to Shadow, czy Hendrix?
Ale nocą to już jest inny świat, mimo upału wszystko będzie w porządku, dni nie mogą być takie jak noce...
Noc się kończy. Jedziemy taksówką przez Tokio. Miasto odbija się od szyb samochodu. Zapadam się w kanapie. Głowę opieram i zamykam oczy.
Warszawa już śpi, autobusy rozjeżdżają się we wszystkie strony miasta. Ruszam spod różowego drzewa linią 605. Przyciskam głowę do szyby. Miasto przesuwa mi się przed oczami.

a w stodole, na sianie...

***

37 minut muzyki.
Posłuchajcie

Asian Dub Foundation “New Way, New Life”
Barry Adamson “Something Wicked This Way Comes”
CJ Bolland “Sugar is Sweeter”
Electric Rudeboyz “Słońce”
DJ Shadow “Broken Levee Blues”
Quincy Jones “Summer in the city”
Death In Vegas “Girls”
Praxis “The Interworld and The New Innocence”
Mitch & Mitch “I'm 30, I'm Lonely & I'm Horny”

DOWNLOAD

piątek, 1 lipca 2011

Morze jest na północy


Początek lata. Wychodzę rano. Jeszcze wszyscy śpią. Ołowiane niebo wisi nisko nad głową. Idę pustą ulicą. Oszczekuje mnie stado małych miejscowych piesków. Kolejny zakręt. Kolejny piesek z głosem zupełnie nie pasującym do swej fizjonomii. Skąd w takim mikrym ciałku taki baryton? Wchodzę do lasu. Najpierw jest góra. Piaszczysta, lekko wzmocniona drewnianymi belkami tworzącymi rodzaj schodów. Potem ścieżka opada lekko w dół by skończyć się stromym zejściem po korzeniach sosen. Dalej znowu jest piach i lekko pod górę. Wspinam się powoli, staram wyrównać oddech, a stopy grzęzną w gruncie. Ze szczytu wniesienia widać morze, jeszcze tylko przejście przez pustą plażę i jestem na końcu Polski. Zanurzam dłonie w wodzie, a fale moczą mi buty. Kieruję twarz swoją ku zachodowi i ruszam przed siebie. Jestem zupełnie sam. Idę tak, by być jak najbliżej rytmicznie obmywających brzeg fal. Pośród setek niewielkich kamyczków błyszczą drobinki bursztynu.  Wiatr wieje, a niebo wygląda tak jakby zaraz miało pęknąć. Słucham muzyki.